„Ulice Żoliborza” Wystawa Pasteli – Maria Osuchowska-Marcelletti

Obrazek wprowadzający przedstawiający fragment pasteli

Serdecznie zapraszamy na wernisaż 16 10 2020 rozpoczynający się o godzinie 17.00 w Miejscu Aktywności Lokalnej w dziale Czytelni Naukowej nr XVI znajdującym się przy ulicy Zajączka 8.

Dodatkowo w dniach 16 X do 13 XI autorka będzie osobiście oprowadzać po wystawie w godzinach 16.30 do 19.00 we wtorki, środy, czwartki i piątki. Każdemu odwiedzającemu Pani Maria podaruje na pamiątkę zrobiony na miejscu, rysunek-pastel z odbiciem jego dłoni.

Pani Maria o samej sobie:

Jestem ISIA-MARIA. W dokumentach OSUCHOWSKA-MARCELLETTI. To wskazuje na moje włoskie korzenie.
W roku 1948 Rodzice z nami, bliźniakami, sprowadzili się do Warszawy, na Żoliborz. Tutaj chodziliśmy do szkoły. Ja w połowie studiów na Wydziale Architektury na Politechnice wyjechałam do Rzymu I tam zostałam ” na zawsze”.
Chciałam malować, a wiadomo że z tego nie ma chleba… Udało mi się jednak pracować pseudo-artystycznie w pracowniach grafiki użytkowej ładnie zwanej „design”.
Po krótce:
Przeszłam przez wszystkie fazy przemiany technologicznej od kartki papieru do systemu online.
Doświadczyłam także przeobrażeń społeczno-politycznych Italii tego czasu, włącznie z poważnymi wydarzeniami wywołanymi retoryzmem.
Moja karierę zawodowa zakończyłam pracując w sekcji graficznej dziennika LA REPUBBLICA, w Mediolanie.
Po latach, złożyłam moje archiwum w bibliotece PANu W Rzymie.
Jestem wdzięczna temu ze moje życie było spełnione I pouczające. Lecz w dniu kiedy „przypadkiem” wysłali mnie na wcześniejsza emeryturę, wyrosły mi skrzydła. Wzięłam się za systematyczne studiowanie sztuki, pod warunkiem zachowania mojej zdobytej niezależności , to znaczy trzymając się z bardzo daleka od tego całego kramu galerii, rynku, krytyki. Daj im Boże jak najlepiej, lecz mnie tam nigdy nie będzie.
Wypatrzyłam szkoły SZTUKI SAKRALNEJ. Uczyłam się u mnichów tybetańskich W INDIACH I w Nepalu ( 6 lat po kilka miesięcy rocznie) a potem w pracowniach IKON w Grecji (3 lata po kilka miesięcy). Praktykuje to pisanie do tej pory.
Jednocześnie, prywatnie I ” z Bożej łaski”, to znaczy dla fanu, wzięłam się za malowanie wizerunków moich trzech wnuczek które pojawiły się w Ameryce.
To wszystko.
Italia oddaliła się w czasie, próba przesiedlenia do Stanów całkiem się nie udała, wylądowałam na Litwie, mieszkając przez 10 szczęśliwych lat w lesie.
Teraz jestem na starych śmieciach na Żoliborzu.
W erze wirusa zasiadłam do malowania sześciu płócien, portretów moich wszystkich amerykańsko-warszawskich Wnuczek, z tęsknoty za nimi. Namęczyłam się nad podobieństwami. Panny chcą wyglądać pięknie. Inaczej to się nie liczy. Kiedy uznałam te prace za skończone miałam dość ślęczenia godzinami.
Kupiłam blok I pastele. Wydrukowałam fotografie ulic Żoliborza gdzie z nieustającym zachwytem, chodzę na spacery. W ciągu miesiąca namalowałam jeden rysunek dziennie pracując przez godzinę I już .
Przekonana przez sąsiadkę wybrałam się, prosto z ulicy do czytelni POD SOWAMI I tutaj jestem.
Nie mam zamiaru „opuszczać” moich dziel, wiec planuje siedzieć w czytelni popołudniami w oczekiwaniu na gości.